Woda, ziemia ogień, powietrze – legendarne intro dla wielu kojarzące się z wyznacznikiem świetnie napisanych postaci, wciągającej historii czy fenomenalnego Lore świata Avatara ostatniego maga powietrza. Ale czy tak samo dobrze wypada growa adaptacja Avatar the Last Airbender Quest for the Balance?
Od samego początku trzeba zaznaczyć, że gra stara się wiernie odtworzyć fabułę znaną z kreskówki – ogólnie rzecz biorąc trzyma się to ram pierwowzoru. Natomiast możemy także spotkać parę odchyleń, czy luźnej interpretacji na potrzeby gry. Przykładowo początkowa scena rozpoczynająca grę gdzie Wujek Iroh wraz z innymi mędrcami mają przekazać opowieść Aanga jak najdokładniej pewnej pisarce, która chce uwiecznić tę epicką sagę na papierze. Opierać się ona będzie więc na tym co w cudzysłowie zapamiętali oni z tamtych wydarzeń. Ta luźna interpretacja bardziej idzie w stronę gameplayu niż udziwnień fabularnych i czegoś ekstra względem fabuły, ale tym bym się w ogóle nie przejmował bo nie ma to wielkiego wpływu na odbiór.
Natomiast jest też ogromna ilość uproszczeń, skrótów fabularnych, które ujmują i hańbią materiał źródłowy. Pomijając przy tym istotne elementy dla oryginalnej historii. Bo kreskówka jest drogą. Czasem spokojna, czasem burzliwą. Drogą do tego jak nasi bohaterowie dojrzewają na podstawie przeżytych wydarzeń, wyborów i podjętych decyzji. Tutaj tego nie zaobserwujemy, rzekłbym, że wykonano tutaj solidną kastrację, byle by nie przedłużać. Więc jeśli chcecie traktować grę jako punkt startowy dla poznania przygód Aanga to zdecydowanie to odradzam. Nie znajdziecie tutaj tych samych doświadczeń co w bajce.
I to chyba tyle, nie ma co tutaj się zbytnio wgłębiać bo jeżeli nie znacie kreskówki to musicie ją zobaczyć, by w ogóle warto było grać w grę.
Warstwa techniczna gry jak i sam gameplay no …. oj oj oj oj nie jest tutaj dobrze. Grę ogrywałem na Nintendo Switch i niestety można powiedzieć o tej wersji wiele złego. Zacznijmy może od tego co na pierwszy rzut oka rzuca się najbardziej czyli klatkarz. Ogólnie zazwyczaj pomijam to w swoich recenzjach bo jeżeli coś śmiga w 30, 60 lub więcej klatkach no to już kwestie gustu jak kto woli grać. Ale tutaj, no wygląda to paskudnie źle. Gra potrafi się ścinać nawet na prostej eksploracji a sytuacji nie pomaga również fakt, że gra nie jest jakoś wybitnie rozbudowana pod względem wizualnym. Grafikę zaliczyłbym zdecydowanie do tej z kategorii bardzo ubogiej w efekty. Dlatego nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, przecież to cell-shading więc w czym był problem aby to po prostu wyglądało i działało jak trzeba? Nie wiem. No ale cóż jest to co jest. Ciekawe jak sprawa się ma na PS5 bo taka wersja również jest dostępna.
Kolejną kwestia, która bardzo ale to bardzo mnie zawiodła jest sama mechanika i responsywność naszych bohaterów. To drugie jak wiemy jest zależne od klatkarzu więc nie ma co się szerzej na ten temat wypowiadać. Natomiast jakie było moje zdziwienie gdy na samouczku okazało się, że nie działają podstawowe komendy skok plus atak?! Tak dobrze słyszycie, w pierwszej kolejności sprawdziłem czy to aby nie wina kontrolera, więc zmieniłem na joycony, dalej to samo, potem nawet pad na kablu i dalej to samo… Chwała, że nie trzeba było kończyć samouczka aby móc zagrać dalej…
Następna na tapecie jest kulawa walka, którą aż ciężko skomentować. Proste, toporne jak młócenie cepa, niesatysfakcjonujące, a jedynie frustrujące. Na szczęście, gdy dołącza do nas Katara i Sokka gra się już nieco lepiej, ale daleko tej grze do takiej perełki jaką była Legenda Korry na Xboxa 360.
No ale wróćmy do naszej bajki. Oprócz prostych mini questów, podejdź tu, pokonaj wroga, zdobywaj skrzynki lub monety. To gra oferuje także szereg mini gierek na szynach. Ślizganie się po lodzie na pingwinach, czy pływanie na wielkim karpiu koi w oceanie… Jak mówiłem nie jest co coś co burzy odbiór gry ale tego w oryginale nie uświadczyliśmy.
Jest jeszcze jeden element warty uwagi, mianowicie rozwój naszych bohaterów. Do tego potrzebujemy zbieranych monet, oraz tych specjalnych znajdowanych w wyzwaniach, które swoja drogą wcale nie są czymś trudnym. Proste łamigłówki logiczne, ewidentnie sugerujące, że gra jest dla młodszego odbiorcy. Po odnalezieniu takowej, możemy ulepszyć jakaś umiejętność lub ja odblokować. Na temat samego drzewka rozwoju nie mam wiele do powiedzenia bo nie jest ono skomplikowane. Bardziej na zasadzie byle by coś było. Natomiast fajnie, że się pojawia bo dzięki niemu zdobywanie przedmiotów w grze ma jakiś sens. Na krytykę zasługuje natomiast system progresji bo zupełnie nie odczułem aby nowe zdolności jakoś poprawiły feeling z walki. Choć jak mówiłem wcześniej nie to jest jej głównym problemem.
No i po tak tragicznym pierwszym wrażeniu nie sposób było ukończyć tej gry. Śmiem twierdzić, że niejedna mobilka działa lepiej i oferuje atrakcyjniejsze doznania niż Quest for the balance – bo tutaj prawdziwym zadaniem było znaleźć balans pomiędzy rzuceniem tego w cholerę a ukończeniem z czystej ciekawości. Ja nie dałem rady, po prostu przerosło mnie to niedopracowanie. Jak mowie chciałbym kiedyś mieć możliwość zagrać w wersje na PS5 aby zrobić porównanie, jednak na ten moment wersje na Switcha omijajcie szerokim łukiem.