Opublikowano przez PlayStation Freak dnia 24.11.20 godz: 09:18
Assassin's Creed: Valhalla - Recenzja!

Assassin's Creed: Valhalla - Recenzja!

Czy jest na sali ktoś kto nie lubi Wikingów? Szczerzę wątpię. Sam osobiście, odkąd pamiętam, interesowałem się mitologią nordycką i kulturą tego wojowniczego narodu, dobrze świadczą o tym chociażby moje tatuaże. Brodaty berserker i waleczna Walkiria otoczeni Nordyckimi symbolami i runami dumnie zdobią moje ramię. Opowieści o Odynie, Ragnaroku, walce Thora z Jormungandem. Historie o Wikingach - mężnych, aczkolwiek barbarzyńskich, dzielnych i odważnych, honorowych, ale okrutnych, żądnych świata i wiedzy równie mocno jak złota i skarbów.  Historie wielkich bitew toczonych w imię bogów, aby z honorem po śmierci przystąpić do wiecznej uczty w Walhalli. Mógłbym tak wymieniać bez końca ale nie o tym ma być ten tekst. Wszystko co do tej pory powiedziałem wydaje się być idealnym tłem dla gier, tłem na miarę feudalnej Japonii, baśniowej krainy pełnej smoków czy futurystycznych alternatywnych rzeczywistości. 
Ubisoft pokusił się o dodanie szczypty chilli do tej scenerii, wpychając w ten świat uwielbianych przez graczy Assassynów - a jak dobrze wiecie, czasami szczypta ostrej przyprawy potrafi całkowicie zmienić efekt końcowy przygotowywanego dania. Jak więc wypadł Assassins Creed Valhalla w ostatecznym rozrachunku? Zapraszam Was do przeczytania recenzji!

 

Czekałem na tą grę jak na św. Mikołaja.

 

W 2017 roku za sprawą Origins, francuzi dokonali solidnego reboot’u swojej najbardziej rozpoznawalnej marki i trzeba przyznać, że zrobili to dobrze. Kolejna przyszła Odyseja z doczepioną przez graczy nalepką świadczącą o tym, że jest to zwykłe CTRL+C / CTRL+V z poprzedniczki przez co borykała się z falą krytyki. Na następny swój ruch Ubisoft kazał nam czekać ponad 2 lata. Dużo spekulowało się o tym co w ich kuchni jest pichcone (coś dużo gadam dziś o jedzeniu). Początkowo plotka głosiła jakoby nowy Asasyn nosił podtytuł Legion a akcja przenieść miała graczy do starożytnego Rzymu. Następna była prawie czterogodzinna prezentacja, na której grafik tworzył i tworzył i tworzył - aż stworzył - sylwetkę wikinga na tle mroźniej Norwegii oraz pełnej walki i tajemnic Anglii - wtedy stało się jasne - Wikingowie, to właśnie oni staną się bohaterami najnowszej odsłony Assassins Creed - świat oszalał. 

 

Zapowiadało się prze pięknie.

 

W grze wcielamy się postać Eviora - mężczyzny lub kobiety o przydomku „Wilcza Paszcza”. Młody Wiking czy też Tarczowniczka to ambitny wojownik, rządny zemsty po wydarzeniach sprzed kilkunastu lat, kiedy to jego klan zdziesiątkowano a on sam cudem uszedł z życiem (pozwolę sobie używać męskich określeń). Nasz bohater w skutek serii zdarzeń i konfliktów, opuści ojczyznę i wraz z przyrodnim bratem, wyruszą w pogoni za stworzeniem własnej „Sagi” do przesyconej wojną Anglii, w której Normanie zadomowili się już na dobre wyszarpując każdy kawałek ziemi z rąk Angielskich władców. Plan jest prosty, osiedlić się, umocnić, znaleźć sojuszników, ruszyć do walki i zbudować własną legendę by ostatecznie wraz z bratem Sigurdem mogli rządzić całą Anglią. Cel wydaję się oczywisty, a bezwzględne środki jakie podejmą powinny zagwarantować sukces. Jednak nie wszystko ułoży się jak klocki w tetrisie, kiedy do gry wkroczą: przepowiednie, Nordyccy bogowie i tajemniczy Zakon Ukrytych pociągający za sznurki w Brytanii. Może się wydawać, że w tym całym rozgardiaszu zabrakło miejsca dla Asasynów lub najzwyczajniej nasunie się Wam pytanie: skąd do cholery wziął się Wiking z Ukrytym Ostrzem? Odpowiedź poznacie już po kilku godzinach gry, a całość w ostatecznym rozrachunku zostanie zgrabnie spięta w pełną mitologii opowieść o rządzy władzy, braterstwie, okrutnych i bezwzględnych bitwach, przeznaczeniu i wyższym celu, nad którym pieczę sprawuje sam Odyn.

 

Świat gry jest ogromny i zróżnicowany.

 

Ubisoft przyzwyczaił nas, że ich gry z otwartym światem są ogromne, przepełnione aktywnościami pobocznymi, setkami pytajników, bieganiem od punktu do punktu, otwieraniem skrzynek i zbieractwem. Cały ten zabieg od jakiegoś czasu borykał się z nagonką graczy, dlatego też Valhalla doczekała się konkretnej innowacji w tym aspekcie, ale po kolei. Mapa na pierwszy rzut oka wydaję się naprawdę mała, jednak są to tylko pozory. Anglię podzielono na 16 regionów, Norwegię na 2, ale poza nimi zwiedzicie jeszcze kilka imponujących miejsc. W każdym z nich ukryto dziesiątki questów, skarbów, artefaktów, starć z bossami, obozów i fortec, ołtarzy ofiarnych, polowań na legendarne zwierzęta, miejsc ogarniętych klątwą, kamiennych kręgów, zagadek i wiele wiele innych. Wszystkie te aktywności poboczne można śmiało liczyć w setkach - poważnie. W wolnym czasie natomiast zrelaksujecie się przy „wojnie na rapsy” przybierając postać wikińskiego Eminema i biorąc udział w przepychankach słownych. Suszy Was? Proszę bardzo, wystarczy udać się na konkurs picia piwa na czas. A jeżeli macie w sobie nutkę hazardzisty nic nie stoi na przeszkodzie, aby odnaleźć przeciwnika i przerżnąć trochę srebrników w Orloga - dość skomplikowaną grę w kości. Romantycy mogą udać się na randki szukając swojej drugiej połówki wśród sporej grupy NPCów z którymi można nawiązać bliższą relacje. A samotnicy dostaną do dyspozycji linkę z hakiem dzięki której w ciszy i spokoju oddadzą się rybołówstwu. 
Powiecie więc że mamy doczynienia ze standardową nudną latynoską telenowelą ciągnącą się bez końca niczym Moda na Sukces i wymagającą bezmyślnego latania od punktu do punktu. Otóż nie. Na mapie świata nie znajdziecie pytajników, nie znajdziecie znaczników prowadzących Was „po sznurku”. Do celu nakierują Was kolorowe kropki oznaczające kategorię aktywności, która się pod nią kryje. I znów, na usta ciśnie się stwierdzenie: kropka czy pytajnik, żadna różnica. I tak, i nie - już wyjaśniam.

 


Pełno w nim aktywności pobocznych oraz najazdów.

 

Twórcy po raz pierwszy nie trzymają nas za rączkę, nie wskazują drogi ani celu misji pobocznej czy nawet nie podają prostej, ogólnikowej informacji co należy zrobić, aby wykonać zadanie! Całość musimy ogarnąć sami na podstawie obserwacji otoczenia i rozmów z NPCami. Uwierzcie mi, czasem naprawdę trzeba poruszyć niebo i ziemie, a także wyostrzyć zmysły, aby ukończyć przypadkową misję. To samo tyczy się skarbów czy artefaktów do zebrania, które do tej pory ograniczały się do otwarcia skrytki. W Valhalli, znajdźki zostały bardzo sprytnie ukryte, schowane, zakopane czy zachachmęcone za zamkniętymi drzwiami, a dotarcie do nich wiąże się z rozwiązaniem zagadki logicznej lub odnalezieniem alternatywnej ścieżki na własną rękę. Droga do celu nigdy nie jest jasna i przejrzysta, całość zależna jest od naszej interpretacji, pozwala poczuć, że naprawdę eksplorujemy Angielskie tereny poszukując tego co zostało ukryte. Momentami można odczuć, że gmeramy w stogu siana, do którego wpadliśmy po udanym Skoku Wiary. 
Wracając jeszcze na chwilę do questów pobocznych, to śmiem stwierdzić, że projektanci zakasali rękawy i wzięli się do roboty. Większość z nich jest mocno zróżnicowana i różnorodna, co od czasów Wiedźmina stało się poprzeczką nie do pokonania i wyznacznikiem jakości. Wydarzenia w świecie opowiadają krótkie historie, zarówno Anglików jak i Normanów, od zabawnych doprowadzających do śmiechu epizodów, po dramatyczne i moralne opowieści. 

 

Zwiedzicie mnóstwo wspaniałych miejsc.

 

Wikingowie przybijają do wybrzeży Anglii, i pewnie wielu z Was wie z czym to się wiąże, czy to z historii, z internetu, czy popularnego serialu Wikingowie. Grabieże, mordy, płonące chaty i kościoły, skradzione skarby, najazdy na klasztory i miasteczka. Jednym zdaniem rozpierducha na całego, której nie powstydził by się Kratos do spółki z Hulkiem. Jest brutalnie, nie da się ukryć, jucha leje się litrami, kończyny latają, budynki stają w płomieniach - jest to produkcja skierowana do dorosłych graczy, zdecydowanie.
Chcąc umacniać swoją pozycje na Angielskiej mapie, Evior i Sigurd zakładają osadę, która pełni funkcje bazy wypadowej naszych bohaterów, a jej rozwój leży w geście graczy. Należy zadbać o stawianie nowych budynków, udogodnień, domów czy o zwyczajne dekoracje - aby stała się wizytówką Klanu Kruka, któremu zawdzięcza swą nazwę. Krucza Przystań to typowe centrum dowodzenia żyjące własnym życiem. Znajdziecie tutaj handlarza, stajnie, koszary, kowala, rybaka i innych mieszkańców, którzy pomogą w szybkich postępach oraz przydzielą Wam nowe zadania. Kto wie, wybrani może i odnajdą tutaj swoją drugą połówkę? Aby wioska stale się rozwijała, potrzebne są materiały oraz surowce, które zdobyć można poprzez grabieże i najazdy na klasztory, o których wspominałem wcześniej. Jest to zupełna nowość na mapie serii, pozwalającą rabować skarbce, pełne bogactw zgromadzonych przez Angielskich kapłanów i mnichów. Naostrzcie więc topory, zabierzcie ekipę na drakkar i płyńcie, palić i grabić, gdzie tylko dusza zapragnie. Wrócicie bogatsi i silniejsi, a wieść o Waszych czynach rozlegnie się echem po całym kraju. 

 


Staniecie do walki naprzeciw setkom przeciwników.

 

Skoro najazdy to i walka. I tutaj z przykrością muszę stwierdzić, że ten najbardziej istotny element gry jest jej kulą u nogi. Dosłownie, system walki jest mocno kulawy i daje popalić. Począwszy od targetowania wrogów, przez pracę kamery czy sam czas reakcji na blok, kontrę i unik. Evior w walce jest jak mucha w smole, reaguje bardzo powolnie, atakuje niesfornie, najczęściej bogu ducha winne powietrze, a na domiar wszystkiego w ogóle nie czuć wyprowadzanych ciosów. I chociaż walki z bossami potrafią się obronić to jednak zbyt mało aby zaliczyć tak ważny element gry na plus. Coś poszło nie tak, zdecydowanie. Co prawda walka nigdy nie należała do najmocniejszej strony serii, jednakże w Origins i Odyssey wydawała się być skierowana na dobre tory by całkowicie wyłożyć się w odsłonie, w której spełnia kluczową rolę. Dosłownie kluczową, bo jeśli liczyliście na skradankę na wzór przygody Altaira i Ezio to się przeliczycie. Nowy AC to gra akcji pełną gębą, która skupia się na dynamicznej rozgrywce, krwawej sieczce i starciach grupowych, a w całym tym zamieszaniu zwyczajnie nie ma miejsca dla ukrytego ostrza. I chociaż system stealth w grach uwielbiam to tutaj nie wyobrażam sobie, aby wiking przesiadywał w krzakach czyhając na ofiarę niczym przyczajony tygrys. Mam dwa topory w rękach, blizny na gębie, ciężką tarczę na plecach, kompanów i odwagę, jestem skłonny ruszyć do szturmu nie bojąc się przewagi wroga, bo nawet jeśli polegnę czeka mnie wieczna chwała i ucztowanie wśród bogów w Valhalli. Od tak - dobrze mówiliście mało Asasyna jest w tym nowym Asasynie. 

 

Rozwój postaci potrafi przytłoczyć.

 

Moim zdaniem, ucierpiał też system ekwipunku i rozwoju postaci. Ten pierwszy stał się dość ubogi, gra przestała być „looterem” jak miało to miejsce w Odyssey, a wróciła do okrojonej liczby wyposażenia. Kilka setów i kilka rodzajów broni to wszystko co oferuje Valhalla, niestety. Próbując zrekompensować nam te „niedoskonałość” twórcy wprowadzili system craftingu i run opierający się na stałym ulepszaniu sprzętu, o ile będzie nas na to stać. 
Co do samego rozwoju naszego bohatera to na początku sam nie wiedziałem co tutaj zaszło. Dostępne są 3 ścieżki w formie gwiezdnych konstelacji, gdzie każda skupia się na różnych aspektach i stylach walki. W skrócie można to ująć tak: wojownik, łotrzyk, łucznik - standardowy pakiet każdego RPGa. Wszystko ok, gdyby nie fakt, że na tych drzewkach namieszane jest bardziej niż w babcinych słoikach na zimę. Nie sposób się w tym odnaleźć, a gdyby tego było mało to rozwijamy postać w „ciemno” ponieważ dopiero w momencie odblokowania którejś z gałęzi zobaczymy co kryje następna i niekoniecznie koreluje to ze ścieżką, którą chcielibyśmy podążyć. Na szczęście wszystkie umiejętności można bardzo łatwo resetować co ostatecznie ratuje i tak słabą już sytuację. Aktywne skille zaś zdobywamy poprzez odnalezienie odpowiednich tajemnych ksiąg rozsianych po całej mapie czy wykonanie konkretnych zadań. Wcale nie dziwi mnie krytyka skierowana w ten element gry, ponieważ wszystko przetasował zawodowy krupier, uwalniając wodze fantazji, myśląc, że szykuje talię do partii pokera aniżeli system rozwoju w grze video. 

 


Wybierz własnego wojownika i stwórz swoją sagę.

 

W nowej odsłonie powróciły codzienne i cotygodniowe wyzwania, handlarz egzotycznym towarem czy drzewko eliminacji członków tajemniczego zakonu. Środkiem transportu pozostał koń, chociaż na szczęśliwców i nabywców specjalnych edycji czeka ogromny wilk, na grzbiecie którego przemierzać można kraj. Orła zastąpił kruk, który utracił możliwość oznaczania wrogów, a obecnie służy jedynie do obserwacji terenu. Wątek współczesny wciąż przeplata się ze średniowiecznym, zaobserwować można anomalie Animusa dokładające jeszcze więcej tajemnicy do i tak dobrze skrytej fabuły. W grze ponownie znalazły się łowy na legendarne zwierzęta, liczne tajemnice i sekrety do odkrycia wiążące się z mitologią Nordycką i legendami Arturiańskimi. Jest tego od groma (chociaż na myśl nasuwa mi się inna partykuła wzmacniająca) i jeszcze trochę. Jedno jest pewne, na brak zajęć nie będziecie narzekać, a to chyba jest najlepszą wizytówka openworld’a.

 

Starcia z bossami rekompensują słaby system walki.

 

Do poruszenia została jeszcze jedna kwestia, która budzi mój niepokój. Mianowicie oprawa graficzna. Ogrywając grę na PS4 Pro momentami miałem wrażenie, że cofnąłem się w czasie o kilka dobrych lat postępu. Są w Valhalli cut scenki, które potrafią przerazić swoją brzydotą. Gra bardzo często maskuje tła mgłą, osłoną nocy, dymem czy innymi cholerstwami natury pogodowej, a o twarzach bohaterów pozwolę sobie nie wspominać. Gameplay’owo natomiast wypada całkiem dobrze chociaż wciąż nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest to pół poziomu niżej od cudownej Odysei. Rozległe krajobrazy potrafią nacieszyć oko poniekąd rekompensując ohydne cut scenki. Różnorodność scenerii również daje pozytywne efekty. Skąd wzięły się takie skrajności w oprawie? TO dobre pytanie. Grę broni muzyka, to absolutny majstersztyk, potęguje klimat wznosząc zabawę na wyższy level. Utwory towarzyszące lokacjom, walce, najazdom czy eksploracji to coś czego moje uszy doświadczają bardzo rzadko podczas elektronicznej rozgrywki. Soundtrack na miarę Wiedźmina czy Death Stranding - brawo! Jeszcze jedno zdanie o błędach i obiecuję, że już kończę. W grze jest ich multum, od prostych bugów jak latające łodzie, utknięcie w teksturach czy drzwi niemożliwe do otwarcia po te krytyczniejsze, wywalające grę, blokujące misje poprzez brak możliwości interakcji z NPCami czy freezy zmuszające do ponownego uruchomienia konsoli. Ehh pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.

 
 


Podsumujmy więc. Assassin’s Creed Valhalla to ogromna gra, która potrafi cieszyć, ale i przytłoczyć. Całość można odebrać dwuznacznie, jakby twórcy obrali dwie drogi prowadzące w przeciwne strony. Na jednej z nich mamy kawał naprawdę solidnego openworld’a, w którym spędzimy grubo ponad setkę godzin bez uczucia znużenia. Eksplorując, wykonując misje, zbierając skarby i najzwyczajniej ciesząc się z dobrej zabawy na długie zimowe wieczory. Wszystko to oplecione jest znakomitym tłem Wikińskich najazdów na Anglie, sporów Nordyckich klanów, walce o władzę i mitologią, na którą w dużej mierze stawia gra. Na drugiej ścieżce mamy przekombinowanie ze średnią oprawą wizualną. Rzucanie graczom kłód pod nogi przez słaby system walki, skomplikowany rozwój postaci i niewielkie pole do popisu w kwestii wyposażenia. We wszystko to całkiem sprytnie wmieszano Asasynów (którzy pomimo mniejszej wagi systemu stealth wychodzą z tego obronna ręką) i ostatecznie otrzymaliśmy soczystego, przepysznego burgera, który zamiast bułki zawinięto w naleśnik w dodatku na słodko (a ja znów o jedzeniu, chyba muszę w końcu zjeść to śniadanie). Pomimo tego, że gra pochłonęła mnie bez reszty, a każdą wolną chwilę poświęcałem na wcielaniu się w Eviora to szczerze mówiąc, chyba liczyłem na więcej. Hype jaki mnie ogarnął przed premierą szybko ostygł i chociaż Valhalla nie jest złą odsłoną serii to pozostawiła po sobie lekki zawód.


Plusy
Eksploracja, eksploracja, eksploracja!
Questy poboczne.
Olbrzymi, żyjący świat.
Fabuła.
Mitologia.
Ścieżka dźwiękowa.
Minusy
System walki.
Oprawa graficzna.
Rozwój postaci.
Uboga ilość wyposażenia.
Ocena
7
Warto zagrać
Graliśmy na: PlayStation 4
Warto zagrać

Jeśli spodobał Ci się wpis - kliknij
Polubiło 5 użytkowników

Komentarze
Dodaj komentarz
Bądź pierwszą osobą, która skomentuje ten wpis
Zobacz także
Opublikowano przez PlayStation Freak
dnia 21.10.2022 godz 12:00
Plague Tale: Requiem - Recenzja bez spoilerów.
Plague Tale: Requiem - Recenzja bez spoilerów.
Opublikowano przez PlayStation Freak
dnia 03.09.2021 godz 13:00
The Medium - Recenzja!
The Medium - Recenzja!
Opublikowano przez PlayStation Freak
dnia 29.06.2021 godz 13:00
Ratchet and Clank: Rift Apart - Recenzja!
Ratchet and Clank: Rift Apart - Recenzja!
Opublikowano przez PlayStation Freak
dnia 10.05.2021 godz 14:52
Resident Evil: Village - Recenzja!
Resident Evil: Village - Recenzja!
 
Autor bloga
PlayStation Freak
O mnie

PlayStation Freak - Maniak od 1997.

Witajcie, chcecie wiedzieć kim jestem i dlaczego to robie? Już wyjaśniam.
Nazywam się Kamil i od 24 lat jestem graczem.

Wszystko oczywiście zaczęło sie dużo wcześniej ale maj 1997 uważam za oficjalną datę początku mojego szaleństwa. Często słyszę jak ludzie zastanawiają się: “Gdzie do cholery są moje pieniądze z komunii” :)

Ja doskonale wiem otóż pieniądze z Pierwszej Komunii już na następny dzień trafiły do małego sklepu RTV na osiedlu a ja stałem się dumnym posiadaczem pierwszego PlayStation. Od tamtego czasu dzielnie brnę przez kolejne generacje mojej ukochanej konsoli próbując łączyć życie osobiste, pracę, z wirtualnymi światami i postaciami - jak na razie skutecznie. :)
 


Facebook